2011
12.15

zapalona świeca na czarnym tleWszystko czego doświadczamy, czego jesteśmy udziałem miało swój początek. Ty, ja, Ziemia, kosmos. Początek jest wpisany w naturę rzeczywistości. Jednak tam gdzie jest początek, zwykle jest też koniec. Czasem koniec jest niezauważalny, a czasem spektakularny. Niekiedy końcowi towarzyszy smutek, niekiedy koniec wiąże się z ulgą.

Choć już to wiesz, choć podświadomość każe Ci spychać tą pewność tak głęboko jak tylko się da – umrzesz. Umrzemy oboje – Ty czytająca te słowa, ja te słowa piszący. Nie wiemy kiedy, choć być może podejrzewamy lub mamy nadzieję. Ale umrzemy. Tak bowiem działa nasza rzeczywistość. Mieliśmy swój początek, będziemy mieli swój koniec.

Są takie chwile, kiedy myśl o śmierci wydaje mi się przerażająca. Są takie chwile, kiedy śmierć mnie nie zajmuje. Są również takie chwile, kiedy o umieraniu i o tym czy coś, a jak tak to co, jest po śmierci. Nie opiszę tu nawet ułamka z tego co ludzkość powiedziała o tym zagadnieniu. Nie dam rady opisać nawet promila tego co napisała ta część ludzkości, która pokłada wiarę w Kościół. Nie opiszę nawet dziesiątej części tego co mi samemu chodzi po głowie. Będę się jednak starał, by to co opiszę było dość by pomóc nam obojgu.

Boję się śmierci. Przeraża mnie myśl o świadomości ostatnich chwil. Wiesz o czym mówię, prawda? Wizja mnie samego, który będę kiedyś myślał „to już za chwilę… już się nie obudzę… to już ostatni oddech… ile jeszcze razy odetchnę… to już ostatnia myśl…” przeraża mnie do szpiku kości. Kiedy jednak udaje mi się opanować lęk pojawia się wariacja tej wizji. Kiedy jestem przy moich bliskich, którzy właśnie odchodzą, kiedy oni mają takie myśli, a ja nic nie mogę zrobić. Znasz to uczucie czarnej paniki? Kiedy choć możesz rozejrzeć się dookoła, choć świeci światło, widzisz tylko czerń przed oczyma? Doświadczyłaś tego zimnego dreszczu, beznadziei, braku możliwości ucieczki?

Od lat leczę się na nerwicę lękową. To, że fizycznie jestem w stanie funkcjonować zawdzięczam dwóm paniom psychiatrom. Jak do tej pory już dwukrotnie doświadczałem apogeum panicznego lęku, kiedy układ nerwowy pobudzony przez psychikę reaguje tak gwałtownie, że człowiek nie jest w stanie wykonać żadnej czynności. Początkowo myślałem, że to tylko depresja. Taki defekt w psychice. „No trudno, zdarza się. Ludzie cierpią na wady serca, choroby nowotworowe, schizofrenię… depresja nie jest znowu niczym z czego nie da się wyjść”. Tak było podczas mojego pierwszego epizodu. Wizyta u lekarza, tabletki doraźne by mnie uspokoić i przyzwyczaić organizm do właściwego specyfiku. Leczyłem się około roku. Mogę Ci też szczerze powiedzieć – kończąc terapię myślałem, że od tej chwili już zawsze będzie dobrze. Żyłem dalej swoim życiem, ulegając swoim nałogom. Do tego byłem w okresie, w którym dużo pisałem. Własne przemyślenia, opinie i sądy wydawały mi się jeśli nie najlepszymi, to przynajmniej jednymi z pierwszych, z którymi powinna się zgadzać większość. Jak to nazwać? A prosto z mostu – zadufaniem w sobie. Bucowatością pyszałka. W tym też okresie chyba najmocniej w swym dotychczasowym życiu zżymałem się na Kościół i wiarę katolicką.

Byłem wychowany w polskiej statystycznie katolickiej rodzinie. No, może trochę nieco mniej niż statystycznej, ale niewiele. Moja Babcia była osobą bardzo wierzącą. Mieszkaliśmy z Dziadkami gdy byłem mały. Siłą rzeczy miałem motywator ku wierze katolickiej. Do tego stopnia, że osiem lat podstawówki odsłużyłem mniej lub bardziej chętnie jak ministrant. Jednakże im dalej w edukację i niezależność, tym mniej wygodne były  mi nauki chrześcijaństwa. Nie w wymiarze ogólnym, ale w szczegółach. Ot, kwestia kary śmierci, aborcji, in vitro, eutanazji itd. Tutaj zaczął się dla mnie również okres lepienia swojej wizji wiary, wymieszanej pospołu z tego co mi pasowało w chrześcijaństwie, praktykami psychotronicznymi i wróżbiarstwem z użyciem Tarota.

Choć akurat z tym ostatnim skończyłem w dość nieoczekiwany sposób. Jeszcze przed studiami (o tym innym razem). Pierwszy epizod z nerwicą zaczął się pod koniec studiów, a kiedy minął zostałem w sposób nieświadomy osobą totalnie wątpiącą. Pseudo-relatywistą poddającym w wątpliwość zasadniczo wszystko. A już szczególnie prawa społeczne i wiarę. Skoro wszystko się zmienia, skoro ilu ludzi, tyle opinii, jak można mówić, że cokolwiek jest stałe? Skoro nawet znane prawa fizyki, które się mniej lub bardziej skutecznie wtłacza się nam do głów w liceach, nie do końca działają jak powinny na poziomie atomowym lub w skali kosmicznej… Jak można twierdzić, że są rzeczy niekwestionowalne? Czy zatem można wierzyć? A jeśli już, to dlaczego akurat w Boga katolików? W czymże „Jestem” jest lepszy od Allaha o 99 imionach znanych ludziom i jednym tajemnym, znanym jemu? „Umrę kiedyś… Trudno, jakoś to będzie”. Jakoś nie było.

Spadło to na mnie nagle. Dosłownie – w jednej chwili. Do tego momentu spokój, doskonały humor, zero świadomych zmartwień. W jednej chwili w okolicach mostka pojawił się ucisk. Rosnący z każdą chwilą głaz niepokoju, nadchodzącej paniki. Początkowo zignorowany, odkąd przyszedł zaczął się panoszyć i rosnąć. „Czyżby znowu lęk?” – pomyślałem coraz mocniej przerażony. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać. W dwa dni później ze strachu nie byłem w stanie wyjść z łóżka. Płakałem jak dziecko, w poczuciu bezsiły i lęku. Wymiotowałem z paniki. Za pierwszym razem nim poszedłem do psychiatry walczyłem ze sobą kilka tygodni. Tym razem nie czekałem długo – gdy tylko uspokoiłem się na tyle, że byłem w stanie sięgnąć po komputer i telefon, odszukałem prywatny gabinet psychiatryczny blisko domu. Dzień później byłem już po wizycie, z receptą w kieszeni i nową terapią, która trwa do dziś.

Zastanawiasz się pewnie – po co Ci to opisuję? Bo mi samemu zabrakło takiego tekstu – szukałem w Sieci kogoś, kto opisałby, że przeszedł przez to samo. Szukałem zagadania moich myśli. Mam nadzieję, że czytając te słowa, jeśli się boisz i chcesz być zagadana – właśnie tego doświadczasz. Chcę Ci też pokazać co mi pomogło podejść do pewnych spraw inaczej. W tym do tych ostatecznych.

Terapia terapią, pomyślałem, ale to leczenie objawów. Gdzie leży przyczyna? W tym, że nie wiem nic o śmierci. Że jest ona nieunikniona. Że stanie się udziałem moich bliskich. Że stanie się moim udziałem i nie ucieknę przed nią, nie zrezygnuję z niej jak z bardzo ważnego egzaminu, który powinienem zdać, ale mogę zrezygnować ponosząc niemiłe konsekwencje. Zacząłem zatem metodycznie szukać informacji. Jestem wielkim fanem fantastyki, w której wizje śmierci i tego co po niej następuje, zaświatów, bóstw i co tam jeszcze myśl ludzka wytworzyła, są tak liczne jak kleszcze na dziku. Te wizje znałem. Ale co z nauką? Medycyna, fizyka, ba – nawet prawo. Zacząłem przegryzać się przez logikę dowodów, że po śmierci nie ma nic. Literalnie – koniec. Ciemno. Nie ma Ciebie, która mogłabyś stwierdzić, że Ciebie nie ma. W jednej chwili umierasz i myślisz o tym, że umierasz, a w następnej chwili nie ma nikogo, kto by myślał. Czytałem, słuchałem i oglądałem informacje afirmujące życie tu i teraz, bo potem nie ma nic. Co więcej – być nie może, bo nie ma Boga, YHWH, Allaha, Winszu, Hadesa, Odyna, Ra i kogo tam jeszcze sobie wymyśliliśmy, my jako gatunek. Szczerze też Ci powiem, że niektóre z nich do mnie trafiały. Jednakże, nauczony jestem konfrontować opinie. Ot, nawyk wyrobiony we mnie na studiach – zbadać argumenty obu stron. Przyjąć punkt widzenia i spróbować zrozumieć każdą opcję. Polecono mi książkę Szymona Hołowni – „Tabletki z krzyżykiem”. To był punkt wyjścia do zmierzenia się z tym co głosi Kościół. Na spokojnie, w interesie własnej osoby. Bez próby naukowego dowiedzenia wiary, bez jęczenia o majątek księży, bez afer pedofilskich w seminariach i plebaniach, bez aborcji i in vitro (przynajmniej na razie). Ale za to z jednym – co po śmierci?

Aktualnie – jak się pewnie domyślasz poznaję na nowo wiarę, w której zostałem wychowany, a która była dla mnie niezrozumiała. Nie wiem czy to już nawrócenie, czy tylko intelektualne kokietowanie. Dość, że wiem jedno – mam dużo do zrobienia. Od blisko roku świadomie wgryzam się w eschatologię i jeśli mogę coś powiedzieć na pewno – mam wiele do przemyślenia. Moja terapia lekami uspokoiła ciało, ale nie uspokoiła myśli. Te są dalej niespokojne, dużo mniej niż przed poznaniem części nauki Kościoła, ale jednak. Z tym, że teraz widzę do czego powinienem dążyć. Bo jeśli przyjąć punkt widzenia Kościoła jako podstawę swojego światopoglądu, jeśli mienić się człowiekiem konsekwentnym i racjonalnym (by nie rzecz logicznym) – bać się nie należy śmierci, a tego kim będę w chwili śmierci i czy spotykając Boga wybiorę jego. A to, nie jest pewne.

O tym jest Mortem. O moich przemyśleniach i odczuciach, które uspokajają z wolna lęk przed śmiercią ciała i pobudzają do myślenia o stanie swojego ducha. To refleksje osoby, która przyjęła do wiadomości, że Boga nie ma i być nie może, a jednocześnie pragnie by Bóg był, bo być musi. To teksty pisane późną nocą, by móc zasnąć i by pomóc tym, którzy tej, dokładnie tej pomocy potrzebują. Nie mam ambicji pomóc wielu osobom. Chcę pomóc przynajmniej jednej osobie. Jeśli będziesz to Ty – będzie super. Jeśli będę to ja – będzie dobrze. Jeśli będziemy oboje… No cóż - Mt 18,20.

Ilustracja użyta w tym wpisie pochodzi z http://dailywicca.com/2011/10/08/ceromancy-the-fine-art-of-candle-reading/.

 

Brak komentarzy

Dodaj własny komentarz