12.16
Wszystko, ale to wszystko ma jakąś podstawę. Jakiś ośrodek centralny, sens istnienia, podtrzymywacz trwania. Domy mają fundamenty, teorie naukowe – dowody, państwa opierają się o obywateli. Wszystko co nas otacza jest w jakimś układzie, w zależnościach i relacjach. Coś jest podstawą, na której budowane jest coś nieco bardziej złożonego. To z kolei jest samo w sobie podstawą, dla kolejnej relacji. Atom, pierwiastek, związek chemiczny, komórka, organ, ciało, habitat, rejon, kontynent, planeta, układ planet, galaktyka, mgławica, kosmos… wymiar? No właśnie – ja kiedy z trwogą myślę o swoim końcu, próbuję się umiejscowić gdzieś w tym układzie. Rozumowanie to nie nastraja pozytywnie. W ogromie kosmosu, pojedynczy człowiek to nic. Literalnie – nic. Dla procesu jakim jest kosmos – to co zrobisz Ty, co zrobię ja nie ma żadnego znaczenia. Galaktyki nie przestaną wirować, gwiazdy nie przestaną świecić tylko dlatego, że coś zrobisz. W matematycznej funkcji kosmosu nie jesteśmy nawet najmniej znaczącym czynnikiem.
Myśl o tym w kontekście własnej śmierci zawsze mnie niepokoiła. Skoro nic nie znaczę, jak mogę mieć nadzieję, że po śmierci nie umrę? Dopiero niedawno zacząłem jednak powoli dochodzić do „czucia” – jak… Wszystko wiąże się z prostym pytaniem – co jest podstawą istoty istnienia?
Jest taki dowcip:
„Przychodzi juhas do bacy.
- Baco?
- A co tam, juhasie?
- Po naukę żem przyszedł.
- Pytaj, juhasie.
- Baco, tak żem sobie siedział, owiec pilnował i takm sobie pomyślał – owca po ziemi chodzi, bo ziemia owce podtrzymuje. Ale co ziemie podtrzymuje?
- Widzisz, juhasie – ziemia to jest osadzona na takim wielkim talerzu. I talerz ją podtrzymuje.
- Baco, ale co w takim razie podtrzymuję ten wielki talerz, który podtrzymuje ziemię?
- Widzisz, juhasie – wielki talerz, na którym osadzona jest ziemia, stoi na grzbiecie wielgachnego bydlęcia, które ogonem macha.
- Baco, ale w takim razie na czym stoi to wielgachne bydlęcie, które ogonem macha, na którym stoi wielki talerz, na którym osadzona jest ziemia?
- Oj, juhasie… Wyście chyba po wpierdol przyszli, a nie po naukę.”
OK. Puenta może i śmieszna, ale pewnie dziwi Cię, że nie ocenzurowana. No cóż – jeśli już czasem mi się zdarzy tutaj przekląć (a pewnie zdarzy nie raz), to zamierzam mieć przynajmniej tyle szczerości, by nie chować się za pseudoprzyzwoitością. Nie chcę być jak Dulska.
Ale wracam do tematu – choć dociekliwość juhasa w końcu bacę zirytowała, to jednak pytanie nie było głupie. Kiedy w swoich przemyśleniach o śmierci doszedłem do kosmosu, wyobraźnia zaczęła mnie zawodzić. Na czym opiera się wszechświat? Co podpiera kosmos, który wszak jest procesem. Ostatnio o ile dobrze pamiętam przyznano Nagrodę Nobla zespołowi, który dowiódł, że kosmos nie tylko się rozszerza, ale również robi to coraz szybciej. Co się rozszerza? Materia, przestrzeń. Jasna materia, czarna materia, biała grawitacja, czarna grawitacja – no to wszystko co nas otacza. Co jest naszą rzeczywistością.
Kiedy szukałem odpowiedzi w trakcie zmagania się z racjonalną, naukową, do bólu udowadnialną wizją życia doszedłem do odpowiedzi, które można streścić w jednym słowie – „Hm”. Ta onomatopeja jest jedną z najprostszych odpowiedzi. Kosmos opiera się o nie wiadomo co. Może o nic. A może o tapiokę. No, a co jest w jego centrum, co jest istotą istnienia? Grawitacja? Drganie strun? K-drony? Może równowaga między jasną i ciemną materią… Nauka na razie – przynajmniej w dostępnych mi źródłach – nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie.
Z tego być może też wynika przekonanie, że po śmierci po prostu nic nie ma. Bo śmierć jest końcem pewnego procesu, jaki nazywa się człowiek. Z punktu widzenia większego procesu, o kilka milionów potęg większego, nie ma naprawdę znaczenia, że ten proces ma inny proces, z którym zachodzą częstsze interakcje. Nie ma znaczenia, że proces ten ma pewne właściwości, które same się potrafią nazwać i wartościować. Tak po prawdzie – w tym miejscu przerwałem dalsze rozważania na gruncie naukowym. Doszedłem do dwóch myśli: człowiek nazywany jest czasem małym kosmosem i w takich warunkach jego trwanie nie może być wartościowane miłością, nadzieją, celowością. Cel w takim układzie jest jeden – zakończyć obecny proces. Przejść od punktu A do punktu B.
Wybacz proszę, jeśli nudzą Cię te filozoficzno-kosmologiczne dumania. Chcę Ci tylko pokazać, jak facet facetowi, gdzie mnie wyniosło kiedy chciałem zagadać swój lęk przed umieraniem. Jak widzisz – kawałek tego było. No i nie mam dobrych wieści, jeśli do tej pory się nudziłeś – dalej będzie gorzej.
Przyszedł jednak czas postawić sobie pytanie – co jeśli w centrum istnienia jest Bóg? Zanim zaczniesz machać ręką i się irytować, spróbuj jak ja przyjąć do wiadomości taką możliwość. W ramach eksperymentu myślowego. Co jeśli kosmos i nas w nich zawartych podtrzymuje Bóg? Dodam Ci również kolejną zagwózdkę – Bóg, który nie tylko „jest”, niczym właściciel wielkiej korporacji, którego szeregowy pracownik nigdy nie spotyka. Bóg, który siedzi obok Ciebie, jak człowiek. Dała mi do myślenia scenka, w której codziennie spotykam się w biurze z gościem, który jest jej właścicielem, a ja go notorycznie olewam, chodź siedzi koło mnie. Rzucam na niego jobami, kiedy mi coś nie wychodzi, choć on pokazuje mi palce jak robić. Kiedy czasem z politowaniem patrzę na gościa, który gdyby tylko chciał mógłby w jednej chwili mnie pogrążyć. A tego nie robi, bo wbrew wszystkiemu co robię mnie lubi.
Trochę to przydługie, ale jeśli masz plastyczną wyobraźnię i zobaczyłeś tą scenkę rodzajową, pomyśl teraz trochę razem ze mną. Wszystko się kręci, bo Bóg jest. Nie dlatego, że macha palcem w tej mamałydze atomów, bozonów i kwarków, tylko dlatego, że po prostu jest. Wówczas łatwiej trochę przyjąć, że kosmos się rozszerza w czymś innym – w czymś, czego przestrzeń, czas, grawitacja itd. są tylko jednymi ze składowych i to nie najważniejszymi w dodatku. Z jednym wyjątkiem. Wyjątkiem tych małych zbiorków atomów, tych procesów, które potrafią siebie nazywać.
To daje nadzieję w kontekście śmierci – jest coś poza. Więcej – jest Ktoś, kto o mnie zadba. Jest Ktoś, kto zadba o Ciebie. No, chyba, że Mu nie pozwolisz. I tu dochodzę do czegoś co w rozważaniach o Bogu, który jest (przyjmujemy za pewnik), trapi mnie najbardziej. Kto stanie koło Boga, gdy umrę? Co będę miał Bogu do powiedzenia o sobie, o tym co zrobiłem i o tym czego nie zrobiłem?
Masz jakieś hobby? Masz jakieś nałogi? Ja mam. Niektóre hobby są moimi nałogami. Są również nałogi, które nie są hobby, a których się wstydzę. Dokładnie tak – wstydzę. Są czynności, których wykonywanie szkodzi mi (choć subiektywnie odczuwam wielką przyjemność z ich robienia), jak również szkodzi innym. W tym osobom, których nie znam i nigdy za życia nie poznam. W tym również Bogu, który też jest osobą. Potężną, zupełnie inną niż ja, ale niezaprzeczalnie – osobą. Wiem, że robiąc to co robię, robię źle. Wstydzę się zaś tego, że mimo iż wiem, że robię źle, nie potrafię przestać. Nałóg.
Pewnie jakiś czas temu próbowałbym się tłumaczyć – to nałóg, to coś nad czym nie panuję, coś silniejszego ode mnie. Tak, byłaby to część prawdy. Tyle, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Co doprowadziło do tego nałogu? To, że w którymś momencie nie potrafiłem powiedzieć – dość. Nie pomyślałem o sobie, nie pomyślałem o innych i teraz ponoszę tego konsekwencje. Co więcej – sam zadecydowałem o tym, że te konsekwencje będą ponosić inni. Olewając ich dobro, ich wolną wolę. Jasne – kiedy nie mówiłem „dość” w początkach, nie robiłem tego świadomie. Tyle tylko, że to nie zwalnia mnie z odpowiedzialności.
Z tym jest trochę jak z dzieckiem, które wrzuca do wiadra z wodą małe zwierzątko i przygląda się jak pływa próbując znaleźć oparcie dla łapek, z ciekawością obserwującym jak zwierzątko traci siły i w końcu tonie. W tym przykładzie dziecko zrobiło to co zrobiło nieświadomie. Ale czy to zwalnia je z odpowiedzialności, że zwierzątko zginęło z jego winy? Nie. Wyobraź zatem sobie teraz sytuację, kiedy to dziecko dowiaduje się, że zrobiło źle, ale robi to dalej, bo mu się spodobało. Jak to wpływa na inne dzieci, gdy się o tym dowiedzą? Część być może zacznie robić to samo, topiąc w wiadrach myszy czy chomiki. Być może części przestaną wystarczać małe zwierzątka. Część dzieci na zawsze może mieć w sercu wizję rozpaczliwych starań małych gryzoni. A dzieci dorastają. Mają swoje dzieci…
To oczywiście spore uproszczenie, ale jednocześnie pomocne, przynajmniej dla mnie. Jeśli w centrum świata jest Bóg, jako osoba, która może mi pomóc po śmierci jeśli tylko będę chciał, to czy nie jest totalną głupotą ranić tą osobę? Czy nie jest czymś mocno nie w porządku wobec innych, podkopywanie Tego, Kto może pomóc im? Nieświadomie – źle, a świadomie?
Jeśli decyduję się uznać Boga jako podstawę, istotę istnienia podtrzymującą mnie i wszystko dookoła, to mam sporo do poprawienia. Po to by pozbyć się lęku przed śmiercią. Lęku, który wówczas zostaje przeorientowany. To już nie jest strach, że po śmierci nic nie ma. To jest strach, że właśnie po śmierci jest i to tyle, a ja głupi robię wszystko by sobie i innym to zaprzepaścić.
Świat się kręci wokół Boga – to daje pole do dalszych rozważań.
Ilustracja użyta w tym wpisie pochodzi z http://www.johnsearles.com/metal-wall-sculptures/triangles-layered-copper.php.
Brak komentarzy
Dodaj własny komentarz