<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>MORTEM</title>
	<atom:link href="http://mortem.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://mortem.pl</link>
	<description>Strona dla bojących się umrzeć</description>
	<lastBuildDate>Fri, 23 Dec 2011 12:43:25 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
		<item>
		<title>Zatrzymać za wszelką cenę czy pozwolić odejść?</title>
		<link>http://mortem.pl/2011/12/23/zatrzymac-za-wszelka-cene-czy-pozwolic-odejsc/</link>
		<comments>http://mortem.pl/2011/12/23/zatrzymac-za-wszelka-cene-czy-pozwolic-odejsc/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 23 Dec 2011 12:20:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Michał</dc:creator>
				<category><![CDATA[Filmowe]]></category>
		<category><![CDATA[kochać]]></category>
		<category><![CDATA[najbliżsi]]></category>
		<category><![CDATA[rodzice]]></category>
		<category><![CDATA[śmierć]]></category>
		<category><![CDATA[wybór]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mortem.pl/?p=29</guid>
		<description><![CDATA[Konieczność dokonania wyboru &#8211; pozwolić bliskiej osobie odejść czy reanimować ją za wszelką cenę &#8211; to coś co może Cię spotkać. Nie będzie to łatwy wybór. Lekarze bowiem będą robić wszystko by człowieka ratować. U nas, w Polsce, nie wiem czy zdarzy się sytuacja, by lekarz podszedł do rodziny i spytał &#8211; &#8222;czy kontynuować reanimację? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><object width="560" height="315" classid="clsid:d27cdb6e-ae6d-11cf-96b8-444553540000" codebase="http://download.macromedia.com/pub/shockwave/cabs/flash/swflash.cab#version=6,0,40,0"><param name="allowFullScreen" value="true" /><param name="allowscriptaccess" value="always" /><param name="src" value="http://www.youtube.com/v/pt1HST5lYyI?version=3&amp;hl=pl_PL" /><param name="allowfullscreen" value="true" /><embed width="560" height="315" type="application/x-shockwave-flash" src="http://www.youtube.com/v/pt1HST5lYyI?version=3&amp;hl=pl_PL" allowFullScreen="true" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" /></object><span id="more-29"></span></p>
<p>Konieczność dokonania wyboru &#8211; pozwolić bliskiej osobie odejść czy reanimować ją za wszelką cenę &#8211; to coś co może Cię spotkać. Nie będzie to łatwy wybór. Lekarze bowiem będą robić wszystko by człowieka ratować. U nas, w Polsce, nie wiem czy zdarzy się sytuacja, by lekarz podszedł do rodziny i spytał &#8211; &#8222;czy kontynuować reanimację? czy utrzymywać ciało przy życiu?&#8221;. Ale gdyby tak się zdarzyło&#8230; jaką decyzję byś podjął?</p>
<p>Z jednej strony, tak po ludzku &#8211; chcesz zatrzymać przy sobie bliską Ci osobę. Przecież tyle jest jeszcze do zrobienia, do powiedzenia, do obejrzenia, do przeżycia. Może więc robić wszystko by ciało funkcjonowało?</p>
<p>Z drugiej strony&#8230; Może pozwolić jej odejść?</p>
<p>Jeśli prawdą jest, że człowiek to coś więcej niż tylko ciało, że &#8222;Ja&#8221; to coś więcej niż efekt złożoności reakcji w mózgu, jeśli prawdą jest, że to nie duch jest w ciele, ale ciało w duchu&#8230; może po prostu pozwolić odejść.</p>
<p>Choć w tym filmie pada zdanie, które mnie osobiście trochę dziwi, by nie napisać drażni &#8211; &#8222;połamać jej wszystkie kości, po czym będzie odczuwała ból&#8221;. Jeśli osoba ta żyje, ale ciało przestało działać, serce nie bije, ale zaraz może bić i ten ktoś wróci do świadomości, być może do dalszych lat życia &#8211; co to za wybór? Połamać! Reanimować! Kości się zrastają, ból można uśmierzyć. Pytanie jednak czy w tej sytuacji z filmu nie mieliśmy do czynienia z długotrwałą hospitalizacją? A jeśli tak, to czemu lekarze pytają o to syna? W końcu z tego co pamiętam mają maksymalnie cztery i pół minuty na przywrócenie krążenia zanim dojdzie do nieodwracalnych zmian w mózgu, literalnie &#8211; do jego obumarcia. Może siedział akurat przy niej, gdy serce przestało bić, może akurat lekarz był przy tym i spytał co robić? Nie wiem, trochę mnie to dziwi&#8230;</p>
<p>Ale wybór pozostaje wyborem. Gasnącemu człowiekowi, którego ciało coraz bardziej wyniszczane przez chorobę przestaje działać, pozwolić odejść? Czy zatrzymać go za wszelką cenę, nawet jego cierpienia?</p>
<p>Pomyśl o tej osobie. Pomyśl o jej życiu. Pomyśl o Bogu, nawet jeśli w niego nie wierzysz. Pomyśl o sobie. Podejmij decyzję, z którą będziesz żył do końca swego życia, kiedy być może Twoi bliscy staną przed podobnym wyborem.</p>
<p>Jeśli wierzysz &#8211; nie będzie Ci łatwiej, ale będziesz miał nadzieję. W końcu wierzysz w to, że śmierć to dopiero początek i w końcu, wcześniej czy później będziesz miał szansę spotkać się z bliskimi raz jeszcze, na zawsze.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mortem.pl/2011/12/23/zatrzymac-za-wszelka-cene-czy-pozwolic-odejsc/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wokół czego kręci się świat?</title>
		<link>http://mortem.pl/2011/12/16/wokol-czego-kreci-sie-swiat/</link>
		<comments>http://mortem.pl/2011/12/16/wokol-czego-kreci-sie-swiat/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 16 Dec 2011 01:41:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Michał</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ogólne]]></category>
		<category><![CDATA[Bóg]]></category>
		<category><![CDATA[grzech]]></category>
		<category><![CDATA[istnienie]]></category>
		<category><![CDATA[kosmos]]></category>
		<category><![CDATA[nałóg]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mortem.pl/?p=23</guid>
		<description><![CDATA[Wszystko, ale to wszystko ma jakąś podstawę. Jakiś ośrodek centralny, sens istnienia, podtrzymywacz trwania. Domy mają fundamenty, teorie naukowe &#8211; dowody, państwa opierają się o obywateli. Wszystko co nas otacza jest w jakimś układzie, w zależnościach i relacjach. Coś jest podstawą, na której budowane jest coś nieco bardziej złożonego. To z kolei jest samo w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://mortem.pl/wp-content/uploads/2011/12/rotating-triangles-copper-w.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-24" style="margin: 5px;" title="rotating-triangles-copper-w" src="http://mortem.pl/wp-content/uploads/2011/12/rotating-triangles-copper-w-150x150.jpg" alt="abstrakcyjny zbiegający się do centrum, obracający trójkąt" width="150" height="150" /></a>Wszystko, ale to wszystko ma jakąś podstawę. Jakiś ośrodek centralny, sens istnienia, podtrzymywacz trwania. Domy mają fundamenty, teorie naukowe &#8211; dowody, państwa opierają się o obywateli. Wszystko co nas otacza jest w jakimś układzie, w zależnościach i relacjach. Coś jest podstawą, na której budowane jest coś nieco bardziej złożonego. To z kolei jest samo w sobie podstawą, dla kolejnej relacji. Atom, pierwiastek, związek chemiczny, komórka, organ, ciało, habitat, rejon, kontynent, planeta, układ planet, galaktyka, mgławica, kosmos&#8230; wymiar? No właśnie &#8211; ja kiedy z trwogą myślę o swoim końcu, próbuję się umiejscowić gdzieś w tym układzie. Rozumowanie to nie nastraja pozytywnie. W ogromie kosmosu, pojedynczy człowiek to nic. Literalnie &#8211; nic. Dla procesu jakim jest kosmos &#8211; to co zrobisz Ty, co zrobię ja nie ma żadnego znaczenia. Galaktyki nie przestaną wirować, gwiazdy nie przestaną świecić tylko dlatego, że coś zrobisz. W matematycznej funkcji kosmosu nie jesteśmy nawet najmniej znaczącym czynnikiem.</p>
<p>Myśl o tym w kontekście własnej śmierci zawsze mnie niepokoiła. Skoro nic nie znaczę, jak mogę mieć nadzieję, że po śmierci nie umrę? Dopiero niedawno zacząłem jednak powoli dochodzić do &#8222;czucia&#8221; &#8211; jak&#8230; Wszystko wiąże się z prostym pytaniem &#8211; co jest podstawą istoty istnienia?<span id="more-23"></span></p>
<p>Jest taki dowcip:</p>
<p>&#8222;Przychodzi juhas do bacy.<br />
- Baco?<br />
- A co tam, juhasie?<br />
- Po naukę żem przyszedł.<br />
- Pytaj, juhasie.<br />
- Baco, tak żem sobie siedział, owiec pilnował i takm sobie pomyślał &#8211;  owca po ziemi chodzi, bo ziemia owce podtrzymuje. Ale co ziemie podtrzymuje?<br />
- Widzisz, juhasie &#8211; ziemia to jest osadzona na takim wielkim talerzu. I talerz ją podtrzymuje.<br />
- Baco, ale co w takim razie podtrzymuję ten wielki talerz, który podtrzymuje ziemię?<br />
- Widzisz, juhasie &#8211; wielki talerz, na którym osadzona jest ziemia, stoi na grzbiecie wielgachnego bydlęcia, które ogonem macha.<br />
- Baco, ale w takim razie na czym stoi to wielgachne bydlęcie, które ogonem macha, na którym stoi wielki talerz, na którym osadzona jest ziemia?<br />
- Oj, juhasie&#8230; Wyście chyba po wpierdol przyszli, a nie po naukę.&#8221;</p>
<p>OK. Puenta może i śmieszna, ale pewnie dziwi Cię, że nie ocenzurowana. No cóż &#8211; jeśli już czasem mi się zdarzy tutaj przekląć (a pewnie zdarzy nie raz), to zamierzam mieć przynajmniej tyle szczerości, by nie chować się za pseudoprzyzwoitością. Nie chcę być jak Dulska.</p>
<p>Ale wracam do tematu &#8211; choć dociekliwość juhasa w końcu bacę zirytowała, to jednak pytanie nie było głupie. Kiedy w swoich przemyśleniach o śmierci doszedłem do kosmosu, wyobraźnia zaczęła mnie zawodzić. Na czym opiera się wszechświat? Co podpiera kosmos, który wszak jest procesem. Ostatnio o ile dobrze pamiętam przyznano Nagrodę Nobla zespołowi, który dowiódł, że kosmos nie tylko się rozszerza, ale również robi to coraz szybciej. Co się rozszerza? Materia, przestrzeń. Jasna materia, czarna materia, biała grawitacja, czarna grawitacja &#8211; no to wszystko co nas otacza. Co jest naszą rzeczywistością.</p>
<p>Kiedy szukałem odpowiedzi w trakcie zmagania się z racjonalną, naukową, do bólu udowadnialną wizją życia doszedłem do odpowiedzi, które można streścić w jednym słowie &#8211; &#8222;Hm&#8221;. Ta onomatopeja jest jedną z najprostszych odpowiedzi. Kosmos opiera się o nie wiadomo co. Może o nic. A może o tapiokę. No, a co jest w jego centrum, co jest istotą istnienia? Grawitacja? Drganie strun? K-drony? Może równowaga między jasną i ciemną materią&#8230; Nauka na razie &#8211; przynajmniej w dostępnych mi źródłach &#8211; nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie.</p>
<p>Z tego być może też wynika przekonanie, że po śmierci po prostu nic nie ma. Bo śmierć jest końcem pewnego procesu, jaki nazywa się człowiek. Z punktu widzenia większego procesu, o kilka milionów potęg większego, nie ma naprawdę znaczenia, że ten proces ma inny proces, z którym zachodzą częstsze interakcje. Nie ma znaczenia, że proces ten ma pewne właściwości, które same się potrafią nazwać i wartościować. Tak po prawdzie &#8211; w tym miejscu przerwałem dalsze rozważania na gruncie naukowym. Doszedłem do dwóch myśli: człowiek nazywany jest czasem małym kosmosem i w takich warunkach jego trwanie nie może być wartościowane miłością, nadzieją, celowością. Cel w takim układzie jest jeden &#8211; zakończyć obecny proces. Przejść od punktu A do punktu B.</p>
<p>Wybacz proszę, jeśli nudzą Cię te filozoficzno-kosmologiczne dumania. Chcę Ci tylko pokazać, jak facet facetowi, gdzie mnie wyniosło kiedy chciałem zagadać swój lęk przed umieraniem. Jak widzisz &#8211; kawałek tego było. No i nie mam dobrych wieści, jeśli do tej pory się nudziłeś &#8211; dalej będzie gorzej.</p>
<p>Przyszedł jednak czas postawić sobie pytanie &#8211; co jeśli w centrum istnienia jest Bóg? Zanim zaczniesz machać ręką i się irytować, spróbuj jak ja przyjąć do wiadomości taką możliwość. W ramach eksperymentu myślowego. Co jeśli kosmos i nas w nich zawartych podtrzymuje Bóg? Dodam Ci również kolejną zagwózdkę &#8211; Bóg, który nie tylko &#8222;jest&#8221;, niczym właściciel wielkiej korporacji, którego szeregowy pracownik nigdy nie spotyka. Bóg, który siedzi obok Ciebie, jak człowiek. Dała mi do myślenia scenka, w której codziennie spotykam się w biurze z gościem, który jest jej właścicielem, a ja go notorycznie olewam, chodź siedzi koło mnie. Rzucam na niego jobami, kiedy mi coś nie wychodzi, choć on pokazuje mi palce jak robić. Kiedy czasem z politowaniem patrzę na gościa, który gdyby tylko chciał mógłby w jednej chwili mnie pogrążyć. A tego nie robi, bo wbrew wszystkiemu co robię mnie lubi.</p>
<p>Trochę to przydługie, ale jeśli masz plastyczną wyobraźnię i zobaczyłeś tą scenkę rodzajową, pomyśl teraz trochę razem ze mną. Wszystko się kręci, bo Bóg jest. Nie dlatego, że macha palcem w tej mamałydze atomów, bozonów i kwarków, tylko dlatego, że po prostu jest. Wówczas łatwiej trochę przyjąć, że kosmos się rozszerza w czymś innym &#8211; w czymś, czego przestrzeń, czas, grawitacja itd. są tylko jednymi ze składowych i to nie najważniejszymi w dodatku. Z jednym wyjątkiem. Wyjątkiem tych małych zbiorków atomów, tych procesów, które potrafią siebie nazywać.</p>
<p>To daje nadzieję w kontekście śmierci &#8211; jest coś poza. Więcej &#8211; jest Ktoś, kto o mnie zadba. Jest Ktoś, kto zadba o Ciebie. No, chyba, że Mu nie pozwolisz. I tu dochodzę do czegoś co w rozważaniach o Bogu, który jest (przyjmujemy za pewnik), trapi mnie najbardziej. Kto stanie koło Boga, gdy umrę? Co będę miał Bogu do powiedzenia o sobie, o tym co zrobiłem i o tym czego nie zrobiłem?</p>
<p>Masz jakieś hobby? Masz jakieś nałogi? Ja mam. Niektóre hobby są moimi nałogami. Są również nałogi, które nie są hobby, a których się wstydzę. Dokładnie tak &#8211; wstydzę. Są czynności, których wykonywanie szkodzi mi (choć subiektywnie odczuwam wielką przyjemność z ich robienia), jak również szkodzi innym. W tym osobom, których nie znam i nigdy za życia nie poznam. W tym również Bogu, który też jest osobą. Potężną, zupełnie inną niż ja, ale niezaprzeczalnie &#8211; osobą. Wiem, że robiąc to co robię, robię źle. Wstydzę się zaś tego, że mimo iż wiem, że robię źle, nie potrafię przestać. Nałóg.</p>
<p>Pewnie jakiś czas temu próbowałbym się tłumaczyć &#8211; to nałóg, to coś nad czym nie panuję, coś silniejszego ode mnie. Tak, byłaby to część prawdy. Tyle, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Co doprowadziło do tego nałogu? To, że w którymś momencie nie potrafiłem powiedzieć &#8211; dość. Nie pomyślałem o sobie, nie pomyślałem o innych i teraz ponoszę tego konsekwencje. Co więcej &#8211; sam zadecydowałem o tym, że te konsekwencje będą ponosić inni. Olewając ich dobro, ich wolną wolę. Jasne &#8211; kiedy nie mówiłem &#8222;dość&#8221; w początkach, nie robiłem tego świadomie. Tyle tylko, że to nie zwalnia mnie z odpowiedzialności.</p>
<p>Z tym jest trochę jak z dzieckiem, które wrzuca do wiadra z wodą małe zwierzątko i przygląda się jak pływa próbując znaleźć oparcie dla łapek, z ciekawością obserwującym jak zwierzątko traci siły i w końcu tonie. W tym przykładzie dziecko zrobiło to co zrobiło nieświadomie. Ale czy to zwalnia je z odpowiedzialności, że zwierzątko zginęło z jego winy? Nie. Wyobraź zatem sobie teraz sytuację, kiedy to dziecko dowiaduje się, że zrobiło źle, ale robi to dalej, bo mu się spodobało. Jak to wpływa na inne dzieci, gdy się o tym dowiedzą? Część być może zacznie robić to samo, topiąc w wiadrach myszy czy chomiki. Być może części przestaną wystarczać małe zwierzątka. Część dzieci na zawsze może mieć w sercu wizję rozpaczliwych starań małych gryzoni. A dzieci dorastają. Mają swoje dzieci&#8230;</p>
<p>To oczywiście spore uproszczenie, ale jednocześnie pomocne, przynajmniej dla mnie. Jeśli w centrum świata jest Bóg, jako osoba, która może mi pomóc po śmierci jeśli tylko będę chciał, to czy nie jest totalną głupotą ranić tą osobę? Czy nie jest czymś mocno nie w porządku wobec innych, podkopywanie Tego, Kto może pomóc im? Nieświadomie &#8211; źle, a świadomie?</p>
<p>Jeśli decyduję się uznać Boga jako podstawę, istotę istnienia podtrzymującą mnie i wszystko dookoła, to mam sporo do poprawienia. Po to by pozbyć się lęku przed śmiercią. Lęku, który wówczas zostaje przeorientowany. To już nie jest strach, że po śmierci nic nie ma. To jest strach, że właśnie po śmierci jest i to tyle, a ja głupi robię wszystko by sobie i innym to zaprzepaścić.</p>
<p>Świat się kręci wokół Boga &#8211; to daje pole do dalszych rozważań.</p>
<p>Ilustracja użyta w tym wpisie pochodzi z <a href="http://www.johnsearles.com/metal-wall-sculptures/triangles-layered-copper.php">http://www.johnsearles.com/metal-wall-sculptures/triangles-layered-copper.php</a>.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mortem.pl/2011/12/16/wokol-czego-kreci-sie-swiat/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>O mortem trochę szerzej</title>
		<link>http://mortem.pl/2011/12/15/o-mortem-troche-szerzej/</link>
		<comments>http://mortem.pl/2011/12/15/o-mortem-troche-szerzej/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 15 Dec 2011 02:17:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Michał</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ogólne]]></category>
		<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[mortem]]></category>
		<category><![CDATA[panika]]></category>
		<category><![CDATA[refleksja]]></category>
		<category><![CDATA[śmierć]]></category>
		<category><![CDATA[spokój]]></category>
		<category><![CDATA[strach]]></category>
		<category><![CDATA[wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://mortem.pl/?p=16</guid>
		<description><![CDATA[Wszystko czego doświadczamy, czego jesteśmy udziałem miało swój początek. Ty, ja, Ziemia, kosmos. Początek jest wpisany w naturę rzeczywistości. Jednak tam gdzie jest początek, zwykle jest też koniec. Czasem koniec jest niezauważalny, a czasem spektakularny. Niekiedy końcowi towarzyszy smutek, niekiedy koniec wiąże się z ulgą. Choć już to wiesz, choć podświadomość każe Ci spychać tą [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://mortem.pl/wp-content/uploads/2011/12/Candle_Light_by_akib991.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-17" style="margin: 5px;" title="Światło świecy" src="http://mortem.pl/wp-content/uploads/2011/12/Candle_Light_by_akib991-150x150.jpg" alt="zapalona świeca na czarnym tle" width="150" height="150" /></a>Wszystko czego doświadczamy, czego jesteśmy udziałem miało swój początek. Ty, ja, Ziemia, kosmos. Początek jest wpisany w naturę rzeczywistości. Jednak tam gdzie jest początek, zwykle jest też koniec. Czasem koniec jest niezauważalny, a czasem spektakularny. Niekiedy końcowi towarzyszy smutek, niekiedy koniec wiąże się z ulgą.</p>
<p>Choć już to wiesz, choć podświadomość każe Ci spychać tą pewność tak głęboko jak tylko się da &#8211; umrzesz. Umrzemy oboje &#8211; Ty czytająca te słowa, ja te słowa piszący. Nie wiemy kiedy, choć być może podejrzewamy lub mamy nadzieję. Ale umrzemy. Tak bowiem działa nasza rzeczywistość. Mieliśmy swój początek, będziemy mieli swój koniec.</p>
<p>Są takie chwile, kiedy myśl o śmierci wydaje mi się przerażająca. Są takie chwile, kiedy śmierć mnie nie zajmuje. Są również takie chwile, kiedy o umieraniu i o tym czy coś, a jak tak to co, jest po śmierci. Nie opiszę tu nawet ułamka z tego co ludzkość powiedziała o tym zagadnieniu. Nie dam rady opisać nawet promila tego co napisała ta część ludzkości, która pokłada wiarę w Kościół. Nie opiszę nawet dziesiątej części tego co mi samemu chodzi po głowie. Będę się jednak starał, by to co opiszę było dość by pomóc nam obojgu.</p>
<p><span id="more-16"></span>Boję się śmierci. Przeraża mnie myśl o świadomości ostatnich chwil. Wiesz o czym mówię, prawda? Wizja mnie samego, który będę kiedyś myślał &#8222;to już za chwilę&#8230; już się nie obudzę&#8230; to już ostatni oddech&#8230; ile jeszcze razy odetchnę&#8230; to już ostatnia myśl&#8230;&#8221; przeraża mnie do szpiku kości. Kiedy jednak udaje mi się opanować lęk pojawia się wariacja tej wizji. Kiedy jestem przy moich bliskich, którzy właśnie odchodzą, kiedy oni mają takie myśli, a ja nic nie mogę zrobić. Znasz to uczucie czarnej paniki? Kiedy choć możesz rozejrzeć się dookoła, choć świeci światło, widzisz tylko czerń przed oczyma? Doświadczyłaś tego zimnego dreszczu, beznadziei, braku możliwości ucieczki?</p>
<p>Od lat leczę się na nerwicę lękową. To, że fizycznie jestem w stanie funkcjonować zawdzięczam dwóm paniom psychiatrom. Jak do tej pory już dwukrotnie doświadczałem apogeum panicznego lęku, kiedy układ nerwowy pobudzony przez psychikę reaguje tak gwałtownie, że człowiek nie jest w stanie wykonać żadnej czynności. Początkowo myślałem, że to tylko depresja. Taki defekt w psychice. &#8222;No trudno, zdarza się. Ludzie cierpią na wady serca, choroby nowotworowe, schizofrenię&#8230; depresja nie jest znowu niczym z czego nie da się wyjść&#8221;. Tak było podczas mojego pierwszego epizodu. Wizyta u lekarza, tabletki doraźne by mnie uspokoić i przyzwyczaić organizm do właściwego specyfiku. Leczyłem się około roku. Mogę Ci też szczerze powiedzieć &#8211; kończąc terapię myślałem, że od tej chwili już zawsze będzie dobrze. Żyłem dalej swoim życiem, ulegając swoim nałogom. Do tego byłem w okresie, w którym dużo pisałem. Własne przemyślenia, opinie i sądy wydawały mi się jeśli nie najlepszymi, to przynajmniej jednymi z pierwszych, z którymi powinna się zgadzać większość. Jak to nazwać? A prosto z mostu &#8211; zadufaniem w sobie. Bucowatością pyszałka. W tym też okresie chyba najmocniej w swym dotychczasowym życiu zżymałem się na Kościół i wiarę katolicką.</p>
<p>Byłem wychowany w polskiej statystycznie katolickiej rodzinie. No, może trochę nieco mniej niż statystycznej, ale niewiele. Moja Babcia była osobą bardzo wierzącą. Mieszkaliśmy z Dziadkami gdy byłem mały. Siłą rzeczy miałem motywator ku wierze katolickiej. Do tego stopnia, że osiem lat podstawówki odsłużyłem mniej lub bardziej chętnie jak ministrant. Jednakże im dalej w edukację i niezależność, tym mniej wygodne były  mi nauki chrześcijaństwa. Nie w wymiarze ogólnym, ale w szczegółach. Ot, kwestia kary śmierci, aborcji, in vitro, eutanazji itd. Tutaj zaczął się dla mnie również okres lepienia swojej wizji wiary, wymieszanej pospołu z tego co mi pasowało w chrześcijaństwie, praktykami psychotronicznymi i wróżbiarstwem z użyciem Tarota.</p>
<p>Choć akurat z tym ostatnim skończyłem w dość nieoczekiwany sposób. Jeszcze przed studiami (o tym innym razem). Pierwszy epizod z nerwicą zaczął się pod koniec studiów, a kiedy minął zostałem w sposób nieświadomy osobą totalnie wątpiącą. Pseudo-relatywistą poddającym w wątpliwość zasadniczo wszystko. A już szczególnie prawa społeczne i wiarę. Skoro wszystko się zmienia, skoro ilu ludzi, tyle opinii, jak można mówić, że cokolwiek jest stałe? Skoro nawet znane prawa fizyki, które się mniej lub bardziej skutecznie wtłacza się nam do głów w liceach, nie do końca działają jak powinny na poziomie atomowym lub w skali kosmicznej&#8230; Jak można twierdzić, że są rzeczy niekwestionowalne? Czy zatem można wierzyć? A jeśli już, to dlaczego akurat w Boga katolików? W czymże &#8222;Jestem&#8221; jest lepszy od Allaha o 99 imionach znanych ludziom i jednym tajemnym, znanym jemu? &#8222;Umrę kiedyś&#8230; Trudno, jakoś to będzie&#8221;. Jakoś nie było.</p>
<p>Spadło to na mnie nagle. Dosłownie &#8211; w jednej chwili. Do tego momentu spokój, doskonały humor, zero świadomych zmartwień. W jednej chwili w okolicach mostka pojawił się ucisk. Rosnący z każdą chwilą głaz niepokoju, nadchodzącej paniki. Początkowo zignorowany, odkąd przyszedł zaczął się panoszyć i rosnąć. &#8222;Czyżby znowu lęk?&#8221; &#8211; pomyślałem coraz mocniej przerażony. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać. W dwa dni później ze strachu nie byłem w stanie wyjść z łóżka. Płakałem jak dziecko, w poczuciu bezsiły i lęku. Wymiotowałem z paniki. Za pierwszym razem nim poszedłem do psychiatry walczyłem ze sobą kilka tygodni. Tym razem nie czekałem długo &#8211; gdy tylko uspokoiłem się na tyle, że byłem w stanie sięgnąć po komputer i telefon, odszukałem prywatny gabinet psychiatryczny blisko domu. Dzień później byłem już po wizycie, z receptą w kieszeni i nową terapią, która trwa do dziś.</p>
<p>Zastanawiasz się pewnie &#8211; po co Ci to opisuję? Bo mi samemu zabrakło takiego tekstu &#8211; szukałem w Sieci kogoś, kto opisałby, że przeszedł przez to samo. Szukałem zagadania moich myśli. Mam nadzieję, że czytając te słowa, jeśli się boisz i chcesz być zagadana &#8211; właśnie tego doświadczasz. Chcę Ci też pokazać co mi pomogło podejść do pewnych spraw inaczej. W tym do tych ostatecznych.</p>
<p>Terapia terapią, pomyślałem, ale to leczenie objawów. Gdzie leży przyczyna? W tym, że nie wiem nic o śmierci. Że jest ona nieunikniona. Że stanie się udziałem moich bliskich. Że stanie się moim udziałem i nie ucieknę przed nią, nie zrezygnuję z niej jak z bardzo ważnego egzaminu, który powinienem zdać, ale mogę zrezygnować ponosząc niemiłe konsekwencje. Zacząłem zatem metodycznie szukać informacji. Jestem wielkim fanem fantastyki, w której wizje śmierci i tego co po niej następuje, zaświatów, bóstw i co tam jeszcze myśl ludzka wytworzyła, są tak liczne jak kleszcze na dziku. Te wizje znałem. Ale co z nauką? Medycyna, fizyka, ba &#8211; nawet prawo. Zacząłem przegryzać się przez logikę dowodów, że po śmierci nie ma nic. Literalnie &#8211; koniec. Ciemno. Nie ma Ciebie, która mogłabyś stwierdzić, że Ciebie nie ma. W jednej chwili umierasz i myślisz o tym, że umierasz, a w następnej chwili nie ma nikogo, kto by myślał. Czytałem, słuchałem i oglądałem informacje afirmujące życie tu i teraz, bo potem nie ma nic. Co więcej &#8211; być nie może, bo nie ma Boga, YHWH, Allaha, Winszu, Hadesa, Odyna, Ra i kogo tam jeszcze sobie wymyśliliśmy, my jako gatunek. Szczerze też Ci powiem, że niektóre z nich do mnie trafiały. Jednakże, nauczony jestem konfrontować opinie. Ot, nawyk wyrobiony we mnie na studiach &#8211; zbadać argumenty obu stron. Przyjąć punkt widzenia i spróbować zrozumieć każdą opcję. Polecono mi książkę Szymona Hołowni &#8211; &#8222;Tabletki z krzyżykiem&#8221;. To był punkt wyjścia do zmierzenia się z tym co głosi Kościół. Na spokojnie, w interesie własnej osoby. Bez próby naukowego dowiedzenia wiary, bez jęczenia o majątek księży, bez afer pedofilskich w seminariach i plebaniach, bez aborcji i in vitro (przynajmniej na razie). Ale za to z jednym &#8211; co po śmierci?</p>
<p>Aktualnie &#8211; jak się pewnie domyślasz poznaję na nowo wiarę, w której zostałem wychowany, a która była dla mnie niezrozumiała. Nie wiem czy to już nawrócenie, czy tylko intelektualne kokietowanie. Dość, że wiem jedno &#8211; mam dużo do zrobienia. Od blisko roku świadomie wgryzam się w eschatologię i jeśli mogę coś powiedzieć na pewno &#8211; mam wiele do przemyślenia. Moja terapia lekami uspokoiła ciało, ale nie uspokoiła myśli. Te są dalej niespokojne, dużo mniej niż przed poznaniem części nauki Kościoła, ale jednak. Z tym, że teraz widzę do czego powinienem dążyć. Bo jeśli przyjąć punkt widzenia Kościoła jako podstawę swojego światopoglądu, jeśli mienić się człowiekiem konsekwentnym i racjonalnym (by nie rzecz logicznym) &#8211; bać się nie należy śmierci, a tego kim będę w chwili śmierci i czy spotykając Boga wybiorę jego. A to, nie jest pewne.</p>
<p>O tym jest Mortem. O moich przemyśleniach i odczuciach, które uspokajają z wolna lęk przed śmiercią ciała i pobudzają do myślenia o stanie swojego ducha. To refleksje osoby, która przyjęła do wiadomości, że Boga nie ma i być nie może, a jednocześnie pragnie by Bóg był, bo być musi. To teksty pisane późną nocą, by móc zasnąć i by pomóc tym, którzy tej, dokładnie tej pomocy potrzebują. Nie mam ambicji pomóc wielu osobom. Chcę pomóc przynajmniej jednej osobie. Jeśli będziesz to Ty &#8211; będzie super. Jeśli będę to ja &#8211; będzie dobrze. Jeśli będziemy oboje&#8230; No cóż - Mt 18,20.</p>
<p>Ilustracja użyta w tym wpisie pochodzi z <a href="http://dailywicca.com/2011/10/08/ceromancy-the-fine-art-of-candle-reading/">http://dailywicca.com/2011/10/08/ceromancy-the-fine-art-of-candle-reading/</a>.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://mortem.pl/2011/12/15/o-mortem-troche-szerzej/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

